Jedna pani poradził mi , by w związku z tym , że ciężko znaleźć prace, zrobić sobie dziecko i nim się zająć, genialne, rzeczywiście...choć wczoraj byłam u koleżanki i nie mogłam się oderwać od jej 5-miesięcznej córki. Cudna. Ale własne już mieć...?Chyba nadal boję się takiej odpowiedzialności. Przecież to kolosalna zmiana! To nie chomik, któremu wystarczy dać raz dziennie jeść i pić i czasem zmienić trociny...chomik jest znacznie tańszy w utrzymaniu poza tym:)
No i jak wiadomo "do tanga trzeba dwojga" , a mój kochany tez jeszcze nie dojrzał do rodzicielstwa...

http://images.google.pl/images?gbv=2&hl=pl&client=firefox-a&rls=org.mozilla:pl:official&q=anne+geddes&sa=N&start=80&ndsp=20
Hm...
Inna pani, jedna z "uczonych" poklepała życzliwie po plecach i powiedziała ,że jeszcze wszystko może się zmienić, a będąc w moim wieku, tez pracowała w jakimś bodajże wydawnictwie, w którym nic się nie robiło, więc poszła w końcu do szefa i poprosiła o kłębek drutu. Gdy zapytał ze zdziwieniem po co? Odpowiedziała , że będzie przynajmniej robić spinacze!:) A w czasach PRLu na pewno taka propozycja spotkała się z uznaniem:)Co ja mam teraz wymyślić??
Przetrzymać!!!Ta praca to szkoła życia...ale czasem mam już takie stany , że zaczynam się o siebie martwić...poza tym nie chcę wciąż płakać w słuchawkę i martwic mojego M.
UUf troszkę mi lepiej...mam wrażenie, że te nastroje nachodzą falami...wreszcie jakiś odpływ.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz